Pizza Hut i Festiwal Pizzy, czyli obżarstwo bez limitu

DSC04978

Ludzie spierają się o różne rzeczy – o politykę, religię, ulubioną drużynę sportową czy wyższość wódki nad domowym winem pędzonym na spirytusie. W moim życiu jest miejsce na przepychanki, lecz gdy rzecz idzie o pizzę, może się skończyć na mordobiciu. Jako przedstawicielka bida branży, jaką jest praca na freelansie, wynalazku włoskiej bidoty bronię niczym wilczyca, która wykarmiła Romulusa i Remusa. Jeśli ktoś zatem ośmiela się krytykować ideę bidy, wolności i dobrego smaku, jaka się kryje pod serową peleryną, może być pewien, że wypieprzę go ze znajomych na Facebooku w trymiga. Mogę nie mieć znajomych, liczy się pizza!

Koleżanka A. ma szczęście – lubi pizzę, więc jeszcze jej nie wyciepnęłam ze znajomych, choć nie ukrywam, że przez to iż tylko „lubi” trafiła do kręgu dalszych ziomków. Zaraz po sylwestrze (na którym straciłam całkowicie głos), chwilę po przebudzeniu, czyli 5 stycznia, postanowiłyśmy jechać na Festiwal Pizzy, który już od ładnych kilku lat ściąga do Pizza Hut tłumy wygłodniałej gawiedzi. Z racji tego, iż A. chciała się nieco odchamić i zadbać o ucztę zarówno dla ciała, jak i duszy, pojechałyśmy do jednej z najznamienitszych krakowskich galerii, jaką bez wątpienia jest Bonarka City Center.

Zabawę czas zacząć! Festiwal Pizzy w Pizza Hut
Zabawę czas zacząć!

Pizza na dobre rozpoczęcie kolejnego roku

Po kilku chwilach dotarłyśmy do Pizza Hut i wielce uradowane rozsiadłyśmy się na wskazanym przez miłą niewiastę miejscu. Szybka decyzja – festiwalowe menu i wielka olewka, znaczy się dolewka, razy dwa. Do Pizza Hut na wielką wyżerkę trafiłyśmy nie po raz pierwszy, lecz pierwszy raz przyszło nam czekać około 20 minut na pierwszy kawałek pizzy. Trochę nas to rozczarowało, bo jak na dwie głodne baby przystało, do galerii wybierałyśmy się przez kilka godzin, by na miejscu znaleźć się grubo po godzinie 19. Byłyśmy mega wygłodzone, a pizzowy przybytek jest zamykany o 21 – musiałyśmy zatem wrzucić na wysokie obroty. W końcu, po sosach (pomidorowy, czosnkowy i musztardowo-miodowy) i wielkich dolewkach (pepsi), na nasz stół zaczęły trafiać krągłe cuda.

Pizza z serem w brzegach. Festiwal Pizzy w Pizza Hut.
W Pizza Hut pełne skupienie

Dużo, bez limitu, do pełna!

Jako pierwsza na stole wylądowała pizza Wegetariańska i muszę przyznać, że o ile nie przepadam za warzywami (wychodzę z założenia, że co zielone, to trujące), tak ten kawałek był naprawdę dobry. Warzywa były świeże, smaczne, a cała kompozycja sprawiła, że przez chwilę zamarzyłam, by zrobić na balkonie pierdutny ogródek, o który będę dbać niczym o świeżo otwartą butelkę wykwintnego, taniego wina. Brokuły, zielona papryka, pomidory, kukurydza i mozzarella to dobry patent na to, by mięsożerca zaczął się zastanawiać nad zmianą menu.

Pizza Wegetariańska. Festiwal Pizzy w Pizza Hut.
Wegetariańska dała radę!

Po chwili ekstrawagancji przyszedł czas, by zamienić badyle na jakiś konkret – przed nami wylądowała (najprawdopodobniej) pizza Manhattan, w skład której wchodził sos BBQ, ser cheddar, boczek i onion ringsy. Sęk w tym, że ringsów za cholerę nie mogłam znaleźć – pod spodem było kilka posiekanych kawałków czegoś, co mogłoby wskazywać, że zaczęły pyskować do kucharza, a ten w przypływie emocji je rozczłonkował i postanowił zatrzeć pod serem ślady kuchennej zbrodni. Pod koniec na bank dostałyśmy Manhattan, więc tę pizzę może określmy mianem Nothattan z serem zapiekanym w brzegach. Jeśli chodzi o smak, to było zacnie – zwłaszcza, gdy do zabawy włączył się sos miodowo-musztardowy.

Pizza Manhattan z serem zapieczonym w brzegach. Festiwal Pizzy w Pizza Hut.
Pizza Manhattan w wersji Nothattan. Najważniejsze, że w brzegach był ser.

Niestety po dwóch kawałkach karmy dla freelancera kuchnia zaczęła mieć delikatne opóźnienia, zostałyśmy więc z A. zmuszone do podjęcia rozmowy. Po około 10 minutach niezręcznego milczenia mogłyśmy zakończyć naszą burzliwą dyskusję i skupić na meritum, bowiem miły kelner uraczył nas pizzą o wdzięcznej nazwie Hot Pepperoni. Po połowie kawałka A. stwierdziła, żebym jadła ostrożnie, bo nawet ona odczuwa lekką ostrość. Spojrzałam na nią, na pizzę, fuknęłam na otaczający mnie wszechświat i ugryzłam solidny kęs. 30 sekund, pół szklanki napoju i kilka łez później, po raz kolejny stwierdziłam, że jeśli będę chciała kiedyś odejść z tego świata, to po prostu wdupcę garść papryczek. Pizza, choć naprawdę smaczna (kiełbasa pepperoni, cebula, mozzarella), dla mnie była zbyt ostra (Jalapeno, ostry sos pomidorowy i jak mniemam – znakomita większość zastępów piekielnych), natomiast A. zdawała się być całkiem zadowolona.

Pizza Hot Pepperoni. Festiwal Pizzy w Pizza Hut.
Hot Pepperoni nieźle pali.

Numer cztery to połączenie mozzarelli, rukoli, suszonych pomidorów i sera lazur – wegetariański Marrakesz, podobnie jak pizza Wegetariańska po raz kolejny udowodnił, że warzywa nie muszą być wstrętne i niejadalne. Było dobrze – ultra lekko i z dobrym smakiem. Taka kulinarna operetka, nie to co cholerne Hot Pepperoni i jego extreme metalowy koncert na rozstrojonych bębnach smakowych.

Pizza Marrakesz. Festiwal Pizzy w Pizza Hut.
Marrakesz, czyli całkowite przeciwieństwo Hot Pepperoni.

Kolejną sztuką, która chciała nas lepiej poznać była pizza Manhattan, która tym razem miała wszystko jak trzeba – cheddar, sos BBQ, boczek i onion ringsy. Szybko się okazało, że potężna porcja cebulowych krążków jest zbyt wielkim wyzwaniem, nawet dla mego wewnętrznego Janusza kulinariów, który cebulę, boczek i inne swojskie smaki kocha bardziej niż wiejskie potańcówki w nieklimatyzowanym lokalu, w środku wirującego serem seksem lata. Janusz poległ na środku parkietu – tańcząc wolny kawałek z naręczem cebuli i boczku.

Pizza Manhattan. Festiwal Pizzy w Pizza Hut.
Manhattan zaprosił do tańca mojego kulinarnego Janusza.

Chwila oddechu, kilka łyków napoju, szybkie otarcie z czoła parującego mięsa i na stole wylądowała specjalistka od tańca hula – pizza Hawajska założyła na nasze szyje po wieńcu lei i rytmicznie ruszając swoimi brzegami wpłynęła na talerze. Piękno tkwi w prostocie i tak było w tym przypadku – mozzarella, szynka i ananas to całkiem zgrabne połączenie, a rzeczona pizza była jednym z ciekawszych połączeń tego wieczoru.

Pizza Hawajska. Festiwal Pizzy w Pizza Hut.
Hawajska, czyli jak hula smak.

Po pożarciu połowy pizzerii, A. odczuła głód zakupów – zabrała się i polazła do jakiegoś marketu budowlanego kupić nowy podkład pod tapetę, a ja zostałam na placu boju sama. No i się zaczęło… Grażyna, jebło pizzą na maksa!

Pizza Manhattan. Festiwal Pizzy w Pizza Hut.
Dobrą pizzą nigdy nie gardzimy!

Najpierw przybiłam żółwika z Mexico Cziko. Karta podpowiadała, że to będzie wybuchowe połączenie i szybko się okazało, że warzywa w gangsterskich bandamach są twardymi zawodnikami. Niezrównoważona mozzarella ze sfochaną kukurydzą, bezwzględną czerwoną papryką, impulsywną czerwoną cebulą, krewkimi papryczkami chilli i nadpobudliwą czerwoną fasolą postawiły mi tridamskie ultimatum – albo wdupcę ten kawałek ze smakiem, albo ściany Pizza Hut spłyną pomidorowym sosem. Z bezwzględnymi warzywami nie da się negocjować, musiałam zatem spełnić ich żądania. Po raz trzeci przekonałam się, że bezmięsna pizza potrafi zaskoczyć.

Mexico Cziko. Festiwal Pizzy w Pizza Hut.
Kulinarne porachunki, czyli Mexiko Cziko w akcji.

Po meksykańskiej uczcie przeniosłam się na lawendowe pola Prowansji. Pizza Prowansalska obiecywała niezapomniane przygody, chciała być kontrowersyjna i niepoprawna. Jak wyszło? Była przewidywalna i stonowana – dobra na kilka kęsów, lecz na pewno nie mogłaby towarzyszyć mi przez większość życia.

Pizza Prowansalska. Festiwal Pizzy w Pizza Hut.
Prowansja – niby ładna, a cholernie monotonna.

Kolejnym wynalazkiem, który postanowił utuczyć mnie do rozmiarów Godzilli była pizza o wdzięcznej nazwie California Dream. Nazwa, ach ta nazwa! W uszach od razu rozebrzmiał hipisowski kawałek i automatycznie osiągnęłam odmienny stan świadomości. Mozzarella, kurczak, pomidory koktajlowe i pierdutna ilość mango! Jaka faktura, jaki smak – doszłam do wniosku, że przechodzę na mangoizm. Walić freelancerską bidę – oddaję A. pod zastaw i łapię z Boratem stopa do Kalifornii!

Pizza California Dream. Festiwal Pizzy w Pizza Hut.
W drodze do Kalifornii postanowiłam przejść na mangoizm.

W tym momencie z marketu budowlanego wrócił obiekt mych lombardowych planów i postanowiłyśmy się dobić kolejną porcją pizzy. Tym razem na stole pojawił się placek z kowbojskim kapeluszem, który teatralnie wypluwając źdźbło trawy oschle powiedział „Morning, ma’am”, zeskoczył z tacowej szkapy i wylądował na naszych talerzach. Lubię westerny, lubię amerykańską szamę, lecz z bólem serca muszę przyznać, że chociaż nasz kowboj spod znaku pizzy Teksas miał niezłą prezencję, tak producent poskąpił zarówno na reżyserię, jak i scenariusz. Wyszedł tani spaghetti western, w którym nieustraszony grillowany kurczak, mozzarella z przeszłością, lekkich obyczajów kukurydza i prawa grillowana czerwona cebula próbują ochronić miasteczko Pizza Hut przed typami spod ciemnej gwiazdy. Od początku domyślamy się całej fabuły i wiemy, że po wyświetleniu końcowych napisów pozostanie spory niedosyt. Było nie najgorzej, ale na święte salami – mogło być o lasso lepiej!

Pizza Teksas. Festiwal Pizzy w Pizza Hut.
Piękna scenografia, lecz scenariusz dość przewidywalny – Pizza Teksas.

Na koniec w towarzystwie kelnera – który chwilę wcześniej kilkukrotnie się dopytywał na jaką smakową wariację mamy ochotę – przyszedł zamówiony przez nas pluton egzekucyjny o nazwie Pepperoni. Jest to zdecydowanie nasza ulubiona pizza w Pizza Hut – kiełbasa pepperoni, mozzarella i sos pomidorowy to tak proste i tak pyszne połączenie, że nie mogą się z nim równać żadne inne propozycje z menu tej sieci. Pierwsza odpadła A. – po jednym kęsie stwierdziła, że czas ruszać do domu. Po dwóch kęsach dołączyłam do niej – faktycznie, pora zbierać się do domu i umierać. Po zapłaceniu rachunku i stoczeniu się na podłogę, zaczęłyśmy turlać się w kierunku parkingu.

Pizza Pepperoni. Festiwal Pizzy w Pizza Hut.
Pluton egzekucyjny wystrzelił salwę honorową na cześć nowych kilogramów.

Czy warto iść na Festiwal Pizzy?

Trudno się nie zgodzić ze stwierdzeniem, że Pizza Hut nie jest spełnieniem pizzowego snu – to raczej stadium nr 1, gdy lekko odpływasz, lecz to jeszcze nie jest pełny sen bez hamulców. Właśnie tak jest z tą siecią restauracji – możesz lekko się zapomnieć, lecz czasem wystarczy delikatny bodziec, by obudzić się z kulinarnym WTF. Są inne, lepsze pizzerie, lecz przyznaję się bez bicia, że na Festiwal Pizzy idę zawsze z dużą przyjemnością – za stosunkowo niewielkie pieniądze mogę spróbować wielu wariacji na temat apenińskiej bidy średniowiecza i bogactwa smaku. Za rok z pewnością wrócimy!

Smacznego!Share on Facebook6Share on Google+0Tweet about this on Twitter

More about M.

Comments

  1. Odpowiedz

    Nie da się czytać tego postu… jeśli nie mamy pod ręką pizzy, monitor oblizany ze trzy razy! 🙂

    1. Odpowiedz

      Te sześć słów pierwszego zdania przyprawiły mnie o sześć stanów przedzawałowych 😉 Cieszymy się, że ostatecznie nie było aż tak źle 😉
      Pozdrawiamy A. i M.

  2. Odpowiedz

    Byłam raz na festiwalu i miło wspominam. Spróbowałam rodzajów pizzy, których bym pewnie nigdy sama nie zamówiła np. z ruccolą. Teraz po przeczytaniu posta i obejrzeniu zdjęć mam ochotę tam pobiec 😉

    1. Odpowiedz

      Właśnie największą zaletą tej imprezy jest możliwość wdupcenia całej karty <3 Kochamy takie akcje. I tylko smuci nas, że w Bonarce nie wystawili tym razem tablicy z rekordem pożartych kawałków 😉 Mamy nadzieję, że Twój apetyt będzie rósł w miarę czytania i wpadniesz do nas jeszcze nie raz 😉

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *