Śniadanko Festiwal w HAMSA, czyli freelancerki na głodzie

HAMSA restobar

Trudno zaliczyć… listopad w poczet pogodnych i nastrajających optymizmem miesięcy, jednak nawet wtedy można znaleźć coś, co poprawi nastrój. Początkiem miesiąca nieustannej pizgawicy wybrałyśmy się z A. na Śniadanko Festiwal w Grodzie Kraka. Nasz wybór padł na HAMSA hummus & happiness israeli restobar, ponieważ od dłuższego czasu nosiłyśmy się z zamiarem, by zostawić tam nasze freelancerskie pieniądze, a i oferta tego lokalu rozpaliła naszą głodomorską fantazję.

Bo freelancer to ma zawsze czas…

Zawsze gdy próbujemy pokazać światu jak bardzo jesteśmy pro i że praca na freelansie pozwala cudownie zarządzać czasem, szybko dochodzimy do wniosku, że jednak tak nie jest – roboty mamy od groma, czasu niewiele i zazwyczaj załatwiamy wszystko (wliczając w to posiłki na mieście) na pełnej – że tak poetycko się wyrażę – piździe. Nie inaczej było tym razem. Niemal codziennie padało pytanie „Kiedy idziemy?”, na które odpowiedź brzmiała równie krótko, co wyczerpująco: „Jutro”.

Dni wesoło mijały na robocie, a nas co rusz dochodziły głosy, że mistycyzm i piękno uczestnictwa w Śniadanku Festiwal można jedynie porównać ze spotkaniem beliebers Justina Biebera pod krakowskim przybytkiem Tauron Arena zwanem. Chciałabym w tym momencie móc powiedzieć, że wobec takich argumentów poczułyśmy się równie bezsilne co trzeźwy góral na tygodniowym weselu i w końcu zdecydowałyśmy się przekroczyć próg HAMSY, jednak byłoby to wierutnym kłamstwem. Powód był bardziej prozaiczny, na kolejne pytanie z serii „Kiedy idziemy?” zaczynało brakować „juter”, musiałyśmy zatem zdecydować – albo znajdziemy czas i wstaniemy o 8 nad ranem, by jechać na szakszukę, albo musimy się pogodzić z niepowetowaną stratą 18 polskich złotych, która może się przyczynić do freelancerskiego bankructwa.

HAMSA, here we come!

Zatem stało się – nieskacowana M. i zasmarkana A. pojechały na podbój Kazimierza zasmakować izraelskiej kuchni. Pierwsze co zauważyłyśmy to ludzie, dużo ludzi. W sumie to do dziś zastanawiamy się, jakim cudem udało nam się złapać stolik, który zdawał się roztaczać wokół siebie aurę kulinarnej boskości. Najważniejsze, że od razu udało się złapać miejsce – mnie trochę drażniło zbyt bliskie sąsiedztwo innych stolików, A. natomiast była bardzo zadowolona i otaczające nas osoby jej absolutnie nie przeszkadzały (dziwaczka). Czym prędzej poprosiła o opłacone przez aplikację śniadanie i zaczęła przeglądać kartę w poszukiwaniu czegoś, co ją skutecznie postawi na nogi. Z racji tego, że lokal nie serwuje spirytusu, A. musiała zadowolić się kawą po beduińsku, ja zaś poprosiłam o szklanicę soku pomarańczowego, ponieważ mam zwyczaj przepijania każdego posiłku, nie wyłączając zup.

HAMSA, kawa po beduińsku

Po kilku chwilach oczekiwania, które zapełniłyśmy podziwianiem wcale ładnego wystroju restauracji, sympatyczna, acz lekko roztargniona kelnerka przyniosła kawę, sok, a po upływie 10 minut dwie słusznej wielkości szakszuki. Choć nie znam odpowiedzi na odwieczne pytanie, co było pierwsze – kura czy jajko, drobiowe perpetuum mobile prezentowało się naprawdę świetnie, a całość dopełniały dwa rodzaje hummusu, oliwki i wzruszająco dobre chlebki laffa.

Szakszuka i inne frykasy

Zacznę od wrażeń A., która była oczarowana kawą po beduińsku. Co chwilę podkreślała, że choć mała czarna bez mleka nie jest jej ulubioną propozycją, tak w tym przypadku to napar doskonały – diabelska moc połączona ze słodyczą kardamonu. Ja niestety nie byłam zachwycona sokiem, bowiem firma, której produkt wylądował na stole nie jest moim faworytem jeśli chodzi o pomarańczowe napitki – wypić wypiłam, ale duszy jakoś nie poruszyło. Podobne zdanie miałyśmy za to o hummusach – były smaczne, bardzo aromatyczne i miały wyrazisty smak. Hummus na plus! Jako że nie przepadam za oliwkami, postanowiłam odstąpić A. całą miseczkę, która co prawda zjadła ich trochę, lecz na próżno wyglądałam w jej oczach łez wzruszenia – były smaczne, aczkolwiek nie wybitne. Chlebki laffa były na pewno kulinarnym objawieniem tego dnia, przynajmniej dla mnie – doskonałe pieczywo w połączeniu z aromatycznym hummusem odcisnęło na mym zgorzkniałym sercu uśmiechniętą buźkę. Niemal czułam jak niemal staję się lepszym człowiekiem – na szczęście stan niemalstwa trwał chwilę i szybko wróciłam do pełni swego sarkastycznego jestestwa.

HAMSA, szakszuka, oliwki, chlebek laffa

Na koniec pozwoliłam sobie zostawić gwiazdę dnia, czyli szakszukę – obiekt kulinarnego pożądania, przez który zerwałyśmy się z łóżek w środku nocy. Rzeczone danie dla mnie było w porządku, jednak nadmierna (oczywiście według mnie) ilość kuminu sprawiła, że się nią szybko nasyciłam. Niestety me plebejskie kubki smakowe ogłosiły strajk i za cholerę nie dały się namówić na dokończenie posiłku. A. nie chciała być gorsza i również nie dokończyła swojej porcji, jednak nie o dobór przypraw chodziło, lecz o wielkość samej potrawy, która tak ją, jak i mnie po prostu zaskoczyła. Po skończeniu posiłku A. stwierdziła, że choć było to jej pierwsze spotkanie z szakszuką, nie zrobiła ona na niej piorunującego wrażenia. Owszem, była smaczna, lecz jej serce nie biło mocniej na myśl o skończonym posiłku, ni nie krzyczało, że to ta jedyna, wybrana, ukochana i wyczekiwana wariacja na temat jajka.

HAMSA, szakszuka

HAMSA, jeszcze do Was wrócimy!

Jakie zatem mamy odczucia względem Śniadanka Festiwal w krakowskim lokalu HAMSA? Było smacznie, lecz nie rewelacyjnie – po prostu dobra szama. Wyrazy uznania należą się załodze, która dzielnie stawiała czoła nieustannie napływającym falom gości i która za punkt honoru postawiła sobie, by biedni freelancerzy mogli się polansować w modnej restauracji przy przystępnym cenowo śniadaniu. Choć uważam, że obsługa mogła być odrobinę milsza, to rozumiem, że każdy może mieć słabszy dzień, zwłaszcza gdy goście walą do knajpy drzwiami i oknami.

Wychodząc z restauracji minęłyśmy dość długi ogonek głodnych kulinarnych wrażeń gości, którzy czekali na swój stolik o głodzie i chłodzie. Ciesząc się w duchu, że z fartem nam się udało złapać stolik (pewnie dlatego, że z obsługą rozmawiała przemiła A.) zgodnie stwierdziłyśmy, że choć samo śniadanie nas nie wyrwało z bamboszy, na pewno jeszcze tu wrócimy na jakiś mięsny konkret. Kto wie, może wtedy HAMSA hummus & happiness israeli restobar stanie się miejscem, na myśl o którym będziemy się radować, wydając w nim ostatnie freelancerskie pińć złotych?

Smacznego!Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on Twitter

More about M.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *