Meat & Go, czyli rzucamy mięsem w nowym lokalu

Pewnie nie wspominałam jeszcze o tym, ale ze wszystkich deserów świata najbardziej kocham mięso! Może nie w każdej postaci, ale prawda jest taka, że gdy widzę na horyzoncie dobrą kanapkę, jestem więcej niż pewna, że mogłabym z nią stworzyć pełen miłości, trwały i oparty na zaufaniu związek. 8 grudnia roku pańskiego 2016 – czyli niedługo przed największym melanżem roku – strzała pulchnego, mięsożernego Amora zabłądziła w okolicach Pauzy in Garden i jebnąwszy nas wprost w wygłodniałe serca, nakazała skierować kroki w stronę miasta w mieście. Właśnie tam, na Dolnych Młynów 10, między wyszynkiem o wdzięcznej nazwie Weźże Krafta, a nowym lokalem Lastriko zwanem, schował się bar mięsny, o którym od dłuższego czasu krążą niemal legendy – chodzi oczywiście o Meat & Go.

Grażyna, chodź posłuchać BYOB!

Na wstępie zaznaczę, że nie jesteśmy VIP-ami, których się sprasza na fanstastish otwarcia z konfetti i o nowej miejscówce dowiedziałyśmy się dzień wcześniej. Tak się złożyło, że po wizycie w Pauzie zgłodniałyśmy, więc postanowiłyśmy coś upolować w dolnomłyńskim konglomeracie pod wezwaniem nieustannej imprezy, kaca i głodu. Skoro zima, to zimno, skoro zimno, to znak że studenci zaszywszy się w swych gawrach zapadli w sen zimowy – dzięki temu mogłyśmy spokojnie zaopatrzyć się w smaczne trunki w kolorze bursztynu (pozdrawiam kraftową załogę). Następnie wyruszyłyśmy do Meat & Go, które do czasu uzyskania potrzebnych koncesji, ogłosiło społeczną akcję pod szyldem BYOB (swoją drogą, ciekawa jestem jakby zareagowała obsługa, gdyby któryś z gości zaczął fancy kanapkę kulturalnie przepijać wódką). Jeśli chodzi o mnie, to ja takie akcje bardzo lubię, ale o tym nieco później*.

Wystrój Meat & Go jest naprawdę zacny, a obsługa wręcz promienieje 😉

Bo liczy się wnętrze…

Pierwsze co mnie osobiście uderzyło, to wielkie białe drzwi, które po krótkiej szarpaninie i odblokowaniu dosłownie wyjechały mi z bara. Weszłyśmy i zdębiałyśmy. Okazało się, że jesteśmy w niewykończonym pomieszczeniu, w którym znajdowało się kilka narzędzi. Drabina i butla z gazem to średni patent na przygotowanie mięsa i choć można spróbować (jak jebnie, to ino roz), postanowiłyśmy zerknąć czy coś skrywa się za bramką numer dwa. Sam budynek – podobnie jak cała fabryka weekendowych wspomnień na Dolnych Młynów – zajebistością nie ocieka, ale rzecz w tym, drodzy czytelnicy, że cała magia dzieje się we wnętrzach. Nie inaczej jest w przypadku Meat & Go. Jeśli porównać budynek do białogłowy, to zaniedbane wiejskie dziewczę zainwestowało w siebie – jest szpachla, jest biel, znaczy się do ślubu można je brać. Przed podpisaniem cyrografu warto zabrać je na jazdę próbną, co też czynimy – przecież nie możemy wyznać miłości bez uprzedniego testowanka. Po krótkiej naradzie, A. zdecydowała się na Jerk Pork – czyli kanapkę z wieprzowiną, ja zaś postanowiłam zatopić me starcze zęby w wołowinie – a konkretnie w kanapce Rouben.

Meat & Go
Meat & Go – w takim wnętrzu chce się jeść!

Czekadełko i jadełko – uczta dla ciała

Obsługa się cieszy, my się cieszymy, pozostało więc czekać na podanie mięsnych deserów. Dobrze, że miałyśmy piwo i tolerujemy swoją obecność, bo w przeciwnym razie – podczas niewątpliwie najdłuższego oczekiwania sezonu (godzina i dziesięć minut – serio, czułam jak rośnie mi wąsik) – mogłybyśmy się odwodnić lub dać sobie po razie. I chociaż byłyśmy niesamowicie głodne, a każda minuta zdawała się być godziną świetlną (tak, wiem, że to miara odległości), postanowiłyśmy cierpliwie poczekać na szamę. Czy było warto? <nerwowe oczekiwanie właścicieli, których pozdrawiamy>

To był wieczór, podczas którego w oczach spożywającej posiłek A. po raz pierwszy zobaczyłam łezkę. Myślę sobie – dziewczę się w końcu wzruszyło, czyli są w niej jeszcze jakieś resztki ludzkich odruchów. Po chwili się okazało, że sprawcą poruszenia jest sos jerk, o którego istnieniu nie wiedziała i mimo, że A. lubi na ostro (dziwię się, że na śniadanie nie wpieprza tłuczonego szkła), to leciutko się zdziwiła. Szybko jednak zapomniała o ostrości i wdupcała na zdrowie. Ja spróbowałam, zaniemówiłam, próbowałam złapać powietrze i doszłam do wniosku, że ta kanapka z pewnością nie jest dla mnie synonimem krainy łagodności – to raczej backstage z zespołem Pińczowskie Dinozaury, który wymknął się spod kontroli. Ostro, niebezpiecznie, na granicy ładu społecznego i wytrzymałości wątroby. Muszę przyznać, że samo mięsiwo było wspaniale doprawione – latający grubas z kołczanem pełnym kulinarnych strzał wybrał naprawdę dobrą. A. zakochała się tak mocno, że pozostałości kanapki (nie wyłączając okruszków) zabrała na chatę, zrobiła okazały ołtarzyk i przez następny dzień wznosiła ku niemu dziękczynne modły.

Kanapka Jerk Pork pełną gębą

Jeśli chodzi o mój posiłek, to na tacce przypominającej szpitalną nerkę wylądował dumny Rouben. Mimo że było to dopiero moje drugie spotkanie bliskiego stopnia z pastrami, to nie ulega wątpliwości, iż było ono najlepsze. Wielkość porcji mnie zabiła – podejrzewam, że aby ją pochłonąć na raz, musiałabym być chyba z tydzień o chlebie i wódzie, tfu – wodzie! Wszystkie składniki komponowały się naprawdę dobrze – poezja, nie kanapka. I mimo iż drzemiący we mnie Janusz gastronomii czuł się nieswojo, bo na próżno wyglądał cebuli – wybitna kapusta (ponoć specjalnie importowana zza granicy powiatu) uciszyła jego kwilenie. Na koniec A. spakowała również moją kanapkę – domyślcie się, jakie były jej dalsze losy…

Soczysty Rouben ucieszył wewnętrznego Janusza M.

Alkohol kontratakuje…

Wychodzi na to, że wybitnie długi czas oczekiwania to wina zawiłego procesu tworzenia kulinarnej zajebistości. Żywimy nadzieję, że maszyna Meat & Go (piękne stoły macie, co nam na nich dacie?) już wkrótce będzie naoliwiona niczym koafiura Christiano Ronaldo, a kuchnia będzie przeprowadzać szybkie ataki na znajdującą się na sali bramkę. Mówiąc krótko – ekipa baru mięsnego na Dolnych Młynów nie strzeliła samobója, chociaż gra zawodników nie porwała (zbyt wiele doliczonych minut do regulaminowego czasu gry). Nie ulega wątpliwości, że w tym sporcie najważniejsze jest piękno i dobry smak – tutaj Meat & Go ustrzeliło kulinarnego hat-tricka, jest pieczyście, mięsiście i soczyście (kulinarny PMS pełną gębą). Na pewno jeszcze wrócimy! I może tym razem nawet nie będę cierpieć na syndrom dnia poprzedniego*.

Menu Meat & Go robi wrażenie – nikt nie wyjdzie głodny!
Smacznego!Share on Facebook37Share on Google+0Tweet about this on Twitter

More about M.

Comments

  1. Odpowiedz

    Kocham was😂 muszę się tam wybrać, bo tak jak M, ze słodyczy wybieram raczej mięso

    1. Odpowiedz

      To może następnym razem jakoś razem skoczymy do Meat & Go? 😀

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *