Pożeramy jarmark świąteczny w Krakowie

dsc04842

Jestem stara i zgorzkniała. Święta nie cieszą mnie jak kiedyś. A. natomiast jest młoda i pełna entuzjazmu, dlatego zachwyca się nawet pierwszymi płatkami śniegu. Postanowiłyśmy wybrać się na krakowski rynek grudniem pijany, wdupcać rzeczy na jarmarku bożonarodzeniowym, na które niekoniecznie skusiłybyśmy się nie od święta i co najważniejsze: przekonać, czy me grinchowe serce poczuje magię świąt, głowa alkohol, zaś żołądek ciepłą strawę…

Nie jest tajemnicą, że rynek w Krakowie okupowany jest przez turystów niemal o każdej porze dnia i nocy, w każdy właściwie miesiąc. Jeśli na co dzień można sobie pomyśleć, że jebło turystami, to podczas bibelotowo-kulinarno-świątecznej biby… jebie bardziej. W każdym kącie siedzi skitrany turysta, który chce zjeść, wypić i zobaczyć wszystko. Najgorzej nie było – wbiło ledwie pół Europy, a przecież mogła przylecieć cała, zahaczając po drodze o terminale w Tokio i Nowym Jorku.

dsc04768
Grill w Krakowie kusi zarówno mieszkańców, jak i turystów

Jarmark bożonarodzeniowy pełną gębą

Jak łatwo się domyślić, w pierwszej kolejności chciałyśmy poczuć magię świąt w kubeczku, ale kolejki do beczki pod wezwaniem Grzańca Galicyjskiego były nie mniejsze, niż po przecenione powietrze w popularnym dyskoncie spożywczym. Ruszyłyśmy zatem na poszukiwanie szamy. I to nie byle jakiej, bowiem kilka kroków dalej uśmiechała się do nas buda z mięsiwem. Grill namierzony, piniądz przeliczony – można się frilansić! Halyna, jaką to żarcie prezencję miało, jak ono na ruszcie tańczyło, jak mięsną perfumą nozdrza drażniło!

dsc04781
Kiełbasa, szaszłyk, a może golonka? Wybór należy do Ciebie
  1. A. zamówiła 100g szaszłykowego szaleństwa, zaś ja poszłam w klasykę i już po chwili widziałam, jak niepozorna kiełba ląduje na tacce mieniącej się kolorem intensywnej tektury. Jeśli istnieje kulinarna specjalizacja, dzięki której kucharz dobiera żarło pod kątem klienta, to trafiłyśmy na mistrza – moja kiełbasa była smutna, nudna, zgorzkniała, ledwie ciepła i zdawała się krzyczeć „Skończ to! Zjedz mnie, miejmy to za sobą!”. Szaszłyk A. był zaś „Gorący! Pyszny! Super doprawiony!”, jednym słowem – ciepły, zadowolony i afirmujący życie niczym A.
dsc04772
Jarmark bożonarodzeniowy w Krakowie to nie tylko bibeloty 😉
  1. Pałaszując na najbliższym koszu na śmieci (pozdrawiam Pana, który pierdyknął mi koło nosa nadgryziony kawałek kabanosa) doprawioną depresją kiełbasę zastanawiałam się, jakim cudem seksownie tańczące na grillowych rurach kiełby tracą swój czar po trafieniu na tacę – z zajebistej randki robi się rodzinne spotkanie, podczas którego największą atrakcją i jednocześnie wyzwaniem jest pocałunek wąsatej ciotki. Ten pocałunek wąsatego Judasza kosztował nas 29 zł, czyli mniej więcej tyle, ile w godzinę wydaje na tani i mocny trunek wiejski koneser wina w okresie prosperity, czyli po wypłacie zasiłku. Czy było warto? Byłoby, gdyby mojej kiełbasie wyrosły mięsne rączki, pochwyciła nóż i skończyła ze sobą na moich oczach, krzycząc przy tym „This is kiełbaaaa!” – nic takiego jednak się nie stało.
dsc04786
Kiełbasa z grilla nie porwała, ale trzeba spróbować wszystkiego

Serowy ćpun na głodzie

Postanowiłyśmy ruszyć dalej i pobawić się w skojarzenia. Kraków – góry – znoszone kierpce – ser! Zgadza się, trafiłyśmy na oscypki. Na szczęście zamówione serki nie ściemniały nam jak wyżej opisana kiełbasa – nie chciały z nami pić wódki, nie zapraszały na góralskie wesele, nie namawiały, żebyśmy za drobną opłatą zrobiły sobie zdjęcie z ich owczarkiem podhalańskim, ani nie próbowały efektownie skakać przez palące się pod rusztem ognisko. Góralski ser, podobnie jak górale, mieli nas gdzieś i robili po prostu swoje. Ponieważ A. to dziewucha z gór jest, na dźwięk słowa „oscypek” w jej procesach myślowych zachodzą zmiany – chce zjeść wszystkie ciepłe sery i na deser wykupić resztę, by w domu ulepić z nich serową mapę południowej Polski, która będzie jej przypominać o rodzinnych stronach.

dsc04789
Oscypek nie chciał z nami pić wódki, po prostu robił swoje

Z racji tego, że oscypka próbowałam wcześniej może ze dwa razy w życiu, zaproponowałam, by zakupić sztuk w liczbie jeden, ponieważ chciałam dosłownie jeden kęs. Człowieku, zapomnij! Ja chcę ugryźć mymi plebejskimi zębiskami to góralskie cudo? Jedno cudo?! Po zostawieniu zadatku na dwa cuda, A. zawiesiła tęskne spojrzenie na czymś, co przypominało furmankę załadowaną serem – serem o różnym kształcie i wielkości – cud, że nie zaczęła zawodzić „Góralu, czy ci nie żal”. Po chwili czekania dzierżyła w dłoni dwa niewielkie oscypki, a jej szczęściu, wzruszeniu i bijącej z oczu radości nie było końca. Spróbowałam – całkiem niezłe to było, zwłaszcza z żurawiną. A. mlaskała, ciamkała, smoktała i glamała – czyli smakowało jej wręcz nieopisanie i wdupcała złoto Podhala w wielkim namaszczeniu. Szczęście A. kosztowało odpowiednio 3,5 zł za ser z tekturą oraz 4 zł za ser z tekturą, żurawiną okraszoną.

dsc04793
Oscypek z żurawiną oczarował A.

Grzaniec rozgrzewa jarmark do czerwoności

Po serowej uczcie mocno poczułyśmy, iż ktoś wyłączył ogrzewanie rynku i jeśli szybko nie zdobędziemy eliksiru procentowości, spowodowana bynajmniej nie równikową temperaturą utrata czucia w kończynach będzie postępować. Wbiłyśmy się zatem w kolejkę po grzaniec i przez następne 20 minut próbowałyśmy rozmawiać – próbowałyśmy, ponieważ skostniałe szczęki wydawały najwyżej ultradźwięki, które słyszały tylko bezdomne psy i żule (którzy zresztą nie omieszkali nam potruć dupy).

dsc04818
Beczka pod wezwaniem Grzańca Galicyjskiego wiele obiecuje

Po zapłaceniu 24 zł za trzy kubeczki szczęścia mogłyśmy oddać się opilstwu – kocham ten moment, gdy mogę się sponiewierać samym tylko zapachem grzańca, a smak jest dodatkiem do bani.

dsc04825
Grzaniec Galicyjski zawsze w dobrej formie!

Pierogowy smakosz

Po wprawieniu się w lepszy nastrój postanowiłyśmy skierować swe kroki na pierogi. Tym razem to ja na siłę zawlokłam A., bowiem jak ona marzy o serowej mapie, tak mi się śni pierogowy zamek. Cóż na to poradzę, że pierogi kocham i kochać będę aż po grób?  Z racji tego, że chciałam koniecznie zabić swą wątrobę i spróbować jeszcze czegoś, wybór padł na pięć pierogów, w pięciu różnych smakach. Dosłownie po sekundzie na tekturowej paterze zjawiły się rzeczone cuda. Na pierwszy rzut poszedł szpinak z serem fetą i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że czułam… Czułam jak bardzo jest to fee! Szpinak w smaku przypominał gorycz rozczarowania, gdy po pięciu latach studiów się zorientowałam, że moja średnia jest znacznie poniżej średniej. Trawa, z której pewnie nie będzie dobrego siana. Na szczęście reszta pierogów była w miarę jadalna – ruskie były pyszne. I jak nie przepadam za nimi, bo często kapryszą niczym brzydka panna na wydaniu – ni to słone, ni to słodkie, a w zasadzie, to czego ty w ogóle chcesz?! – tak te były świetne. Sztuka z mięsem wołowym nie pozwoliła złapać kontaktu ze smakiem, który był zbyt subtelny, zaś soczewica i pomidory sprawiły, że na twarzy A. pojawił się grymas niezadowolenia – ja nawet się uśmiechnęłam, ale to prawdopodobnie wina mrozowego szczękościsku. Ostatnie kęsy to kulinarne obcowanie z kaszą i mięsem wieprzowym, które dało się zjeść, ale nie wprawiło mnie w świąteczny nastrój. 7,5 zł za pięć pierogów to całkiem znośna cena, choć nie osiągnęłam kulinarnego ZEN.

dsc04836
Pierogi w pięciu smakach – tanio i smacznie

Żegnaj wątrobo, witaj zawale!

Jarmark bożonarodzeniowy w Krakowie to wspaniała okazja to spróbowania rzeczy, których w znakomitej większości za cholerę nie znajdzie się na wigilijnym stole. Nie może zatem dziwić, że na koniec zostawiłyśmy sobie absolutną petardę, spożycie której gwarantowało, że nasze wątroby i żołądki spakują się w hipsterskie walizeczki i wyprowadzą na amen. Chodzi oczywiście o chleb ze smalcem i innymi dodatkami – jestem więcej niż pewna, że dla sprzedawców tego typu przekąski został stworzony specjalny krąg piekła za te wszystkie zawały – skoro wczuwamy się w punkt widzenia statystycznego turysty, nie mogłyśmy sobie tego odpuścić.

dsc04844
Tak powstaje pajda ze smalcem

Warto zaznaczyć, że taki wynalazek jadłam wcześniej tylko raz, z dziesięć lat temu, zaś A. nie miała pojęcia, na co się pisze. Tak, zaufała mi… Podczas gdy niektórzy brali chleb ze smalcem i ogórkiem (no i po co, skoro wódki nie mają?), my poleciałyśmy po bandzie i tak na kultowej tekturowej tacy wylądowała pajda ze smalcem, cebulą, ogórkami, kiełbasą i mięsem. Boże, jak to wyglądało – trochę śmieszno, trochę straszno. To tak jak z pierwszym pocałunkiem – chcesz spróbować, ale nie wiesz, jak się brać do rzeczy, a potem często nadchodzi rozczarowanie… Na szczęście ta randka była w miarę udana, do czasu…

dsc04859
Pajda ze smalcem, mięsem, kiełbasą, cebulą i ogórkiem

Smak był ciekawy, a połączenie dało wiele frajdy – nie tylko kulinarnej – zwłaszcza gdy patrzyłam jak biedna A. szuka wzrokiem jakiejkolwiek serwetki. Pochłonęłyśmy pajdę zawału na pół (znaczy się, eksploduje mi tylko połowa serca) i o ile mi nawet to smakowało, tak A. stwierdziła, że mogła po prostu skoczyć na główkę do suchego basenu. Po powrocie na chatę przez kilka godzin powtarzała, że pajda ją zabiła i nigdy więcej jej nie zje – bo tylko totalny wariat może wdupcać tłuszcz z tłuszczem, tonący w tłuszczu i tłuszczem dla smaku okraszony i twierdzić, że to całkiem spoko. Tego wieczora wątrobę A. wyprawiłyśmy w świat – dostała bilet w jedną stronę za 20 zł, mapę powiatu i pajdę chleba na drogę.

dsc04839
Pajda gotuje się na pożarcie

Wesołych jarmarków

Jarmark bożonarodzeniowy to świetna okazja do przetestowania cierpliwości, wytrzymałości portfela, organizmu (alkohol, cholesterol i ujemna temperatura) i przekonania się, czy krakowska bożonarodzeniowa biba pomaga odnaleźć ducha świąt. Chociaż jedzenie jest niekoniecznie niespotykane, a ceny nie za niskie, raz na rok można na chwilę wbić na krakowski rynek i powłóczyć się bez celu między straganami. I nawet aż tak bardzo nie doprowadzają do szału kitrający się po kątach cho, cho, cholerni turyści, którzy chcą zjeść, wypić i zobaczyć wszystko! Wesołych Świąt!

dsc04867
Marzenie A., czyli jej prywatna furmanka z góralskim serem
Smacznego!Share on Facebook8Share on Google+0Tweet about this on Twitter

More about M.

Comments

  1. Odpowiedz

    Beka z grzańcem to najlepszy pomysł na biznes ever: towar gotuje się szybko, łatwo i kolejka doń nigdy się nie kończy. Najlepiej wydane moje prawie dwa ojro wczoraj po mszy wieczornej

    1. Odpowiedz

      Cieszymy się, że podzielasz nasz entuzjazm względem tegoż napitku! 😀

  2. Odpowiedz

    Napisalas to wszystko genialnie, rzeczywiście czyta się z uśmiechem na twarzy i to w niektórych momentach bardzo szerokim 😀
    Ja byłam ttlko na jednym w życiu jarmarku, podobało mi się średnio w tym roku sobie odpuściłam, bo czuję się nieco uwięziona w domu z dwójka dzieci. I nawet by mi to nie przeszkadzało, gdyby mój zbuntowany dwu i prawie półlatek byk trochę mniejszym łobuzem niż jest 😉

    1. Odpowiedz

      Dzięki za miłe słowa! Jarmark w Krakowie jeszcze trwa, możesz zatem śmiało wbijać 🙂

  3. Odpowiedz

    Grzanego wina i oscypków nigdy dość!
    My obecnie mieszkamy w Krakowie, więc krakowski jarmark odwiedzamy w kółko <3

  4. Odpowiedz

    Haha! Cudowne opisy! Widzę, że sobie nie żałowałyście i zdrowo podjadłyście! Beczka z grzańcem jak co roku największym punktem imprezy, choć mnie zawsze najmocniej nęcą sery <3. Zdjęcia przepiękne, szczególnie te z tłustymi mięsiwami.

    1. Odpowiedz

      My sobie nigdy nie żałujemy i staramy się spróbować jak najwięcej rzeczy na takich imprezach 😉 Dzięki za miłe słowa – będziemy pisać jeszcze więcej i równie soczyście – mamy nadzieję, że czasem nas odwiedzisz 😉

  5. Odpowiedz

    Jaki to jest mega apetyczny post *.*
    A na oscypki to zebrałam wielką ochotę, choć ostatnio wsuwałam aż mi się uszy trzęsły :p

    1. Odpowiedz

      W takim razie wpadaj częściej na południe, do krainy oscypkiem i grzańcem płynącej 😀 Dobrego jadła nigdy dość!

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *